Untitled Document
William Blake
Jego życie bylo ciche, skromne, wręcz banalne. Za to w wizjach, jakie go nawiedzały, oglądał najbardziej porywające sceny i postacie z zaświatów. Z Panem Bogiem włącznie.
Do okna pokoiku w londyńskim mieszkaniu, gdzie przebywał mały William, pewnego dnia zapukał sam Bóg. Chłopiec rozmawiał z nim ciepło i przyjaźnie, jak z członkiem własnej rodziny. Niebawem zaczęli go nawiedzać inni goście z zaświatów: elfy, czarodzieje, giganci, aniołowie. Nie tylko czuł się doskonale w ich towarzystwie, ale też chętnie tworzył, wiedziony natchnieniem, jakiego mu dostarczali. Własne oczy traktował tak, jak inni traktują taflę szkła. Patrzył "przez" nie, ale dostrzegał znacznie więcej, niż wzrok mógł uchwycić. "Patrzę przez okno, lecz nie za pomocą niego" - tłumaczył. Nieustannie żył na granicy świata widzialnego i niewidzialnego.
W tym niewidzialnym toczył poważne dysputy z aniołami i demonami, a w widzialnym zmagał się z biedą. Jako absolwent szkól plastycznych próbował zarabiać na życie rysowaniem. Z najwyższym trudem udawało mu się zapewnić utrzymanie sobie i żonie Catherine, niepiśmiennej córce ogrodnika. Ta anielsko cierpliwa kobieta z niezwykłym zrozumieniem podchodziła do najdziwniejszych pomysłów męża-mistyka. William próbował też zarabiać, handlując rysunkami w sklepie odziedziczonym po ojcu, ale przedsięwzięcie nie przynosiło spodziewanych zysków. Nie udało się także
poprawić bytu materialnego Blake'ów drogą upowszechnienia nowatorskiej jak na owe czasy metody druku, którą William miał uzyskać od ducha swego zmarłego brata. Polegała ona na wytrawianiu kwasem miedzianej płytki, tak by pozostały na niej zarówno zarysy liter, jak i ilustracji. Płytkę można było traktować jak rodzaj matrycy drukarskiej. Ówczesne drukarstwo umiało się jednak bez niej doskonale obejść. Tak więc kolejne dzieła, które Blake publikował, mogły się ukazywać przede wszystkim dzięki hojności jego możnych przyjaciół.
A miał tych przyjaciół niewielu. Tylko nieliczni jemu współcześni umieli się pogodzić z odrzuceniem katolicyzmu, protestantyzmu i wszelkich innych wyznań na rzecz mglistej religii powszechnego przebaczenia, którą głosił Blake. A była ona szczególnie mało zrozumiała, ponieważ współtworzyły ją setki postaci figur, alegorii-wywiedzionych zarówno z Biblii, poematów Dantego i Miltona, jak i z wizji samego Blake'a. Ten tłum, napierający na czytelnika z zaświatów, poety jednak nie wprawiał w zakłopotanie. Nie próbował niczego ze swych wizji komentować. Więcej - nie podjął żadnego trudu, aby swoje dzieło przekazać czytelnikom w bardziej czytelnej formie, nie gromadził wokół siebie uczniów, nie dbał o następców. To, co jawiło się przed jego wewnętrznym okiem, spisywał w przekonaniu, że do spotkania z zaświatami każdy i tak musi odnaleźć swoją własną drogę.
Wiosną 1827 roku, kiedy kamica żółciowa dawała mu się już mocno we znaki, pisał do przyjaciela: "Byłem u Bram Śmierci i wróciłem". W sierpniu tego samego roku zrozumiał, że tym razem wyrusza w drogę, z której już nie ma powrotu. Umarł, śpiewając.
|
 |